Pieśniewski polish
Pieśniewski english


Aktualności


 2007-09-18

Echa felietonu 9/2007

Dziękuję wszystkim, którzy zainteresowali się moim felietonem na temat rejestracji jachtów, nawet tym, którzy nie "trawią" innego zdania niż swoje własne, automatycznie przypisując adwersarzom straszne cechy z bolszewizmem włącznie. Przy okazji sprostowanie postu, niestety członka Redakcji, brzydko imputującego mi intencję zemsty. Otóż, po decyzji red. Heflicha o nie dopuszczeniu do druku mego felietonu, oświadczyłem, czego "imputent" był zresztą świadkiem, że opublikuję go w innym miejscu. I tak też uczyniłem. Oprócz mej prywatnej strony, felieton został zamieszczony również na internetowej stronie Polskiej Izby Przemysłu Jachtowego. Myślę też, że warto wiedzieć, jak zauważył jeden z internautów, kto przedkłada wolność żeglowania nad wolność słowa.

Dyskusja jaka rozgorzała na forum pl. rec.zeglarstwo (niusy.onet.pl) po moim felietonie, nie odbiegała, niestety, od tych na każdy inny temat, czyli jak zwykle cechował ja chaos i, delikatnie mówiąc, emocjonalność.

Pomijając owe posty "emocjonalne" chciałbym jeszcze raz skupić się na zarzutach z pozoru merytorycznych jakie padły w różnych wypowiedziach. Najwięcej z nich znalazło się w długiej wypowiedzi Radwana. Zarzut, przez niego sformułowany, że za uszkodzenie odpowiada prowadzący jacht a nie armator, nawet jeśli by go uznać, nie przeczy moim wywodom. Jak Włodku dowiesz się kto prowadził jacht, jeśli go nie zidentyfikujesz? Zapytasz o imię, nazwisko i adres prowadzącego przez megafon, ratując jednocześnie jacht przed zatonięciem wskutek dziury w burcie, gdy winowajca będzie się pośpiesznie oddalał? Żeby nie być podejrzanym o przesadę, wyobraźmy sobie, wcale nie taka teoretyczną, bo wynikającą z moich doświadczeń, sytuację: cumujesz w porcie, jakiś jacht podczas Twej nieobecności tak umiejętnie dobijał do pomostu na silniku z podniesionym mieczem, że porysował Ci burtę lub skrzywił czy wyrwał reling. I nawet jeśli byli jacyś świadkowie tego wydarzenia, to jak go zidentyfikujesz, jeśli wyjechał z portu, podkręcając manetkę gazu. W takiej dokładnie sytuacji znalazłem się w porcie w Mikołajkach. Tyle, że jacht winowajca miał numer rejestracyjny na burcie, więc po krótkim wahaniu zawrócił do portu. Teraz na pewno nie pomogłaby mi tabliczka z numerem HIN na pawęży, o której, przyznaję nie wspomniałem, "Lewy" jacht albo jej nie ma, albo, nawet jeśli jest legalny, nie zdołasz jej odczytać. Zazwyczaj numer ten odbity jest w żelkocie i to czcionką małej wysokości. O wiele trudniej go zapamiętać niż rejestrację samochodu. Składa się bowiem z symboli literowych nieczytelnych nawet dla zawodowców. Konia z rzędem, kto zwrócił choćby uwagę na numer HIN na pawęży jachtów.

W sytuacji braku obowiązku rejestracji można pływać kradzionym jachtem, oczywiście, nie rejestrując go. Nie trzeba bowiem przedstawiać nikomu żadnego dowodu własności. Wystarczy oświadczenie: to mój jacht i odchrzańcie się. W świetle obecnego "prawa" nie muszę niczego udowadniać. Można też "trefny" jacht zalegalizować, rejestrując go za granicą.

Rzecz nawet nie tylko w kradzieży samych jachtów, ale w omijaniu Prawa Autorskiego, czemu, jak wykazałem, brak obowiązku rejestracji niesłychanie sprzyja. Zmartwić muszę autora postu, który wywodził, że projekty jachtów mu nie podlegają. Otóż, podlegają, jak każde dzieło z dziedziny architektury. Powszechnie zresztą, na Zachodzie w stosunku do projektantów używa się terminu designer lub np., we Francji: architect naval. A podobno jesteśmy już w Europie. Czy znane jest Panu słowo plagiat? Dotyczy ono nawet tak mało artystycznej dziedziny jak nauka czy technika. Nikt nie zechce projektować jachtów za darmo, bo to praca wymagająca wiedzy i narzędzi za grube pieniądze. Jednakże mijałaby się z celem dyskusja na ten temat z kimś, kto nie widzi nic złego np. w korzystaniu z pirackich programów komputerowych. A takich zwolenników filozofii Kalego jeszcze wielu.

Argumenty typu "ad absurdum", jak to czyni Radwan, sprowadzają jedynie dyskusje na manowce. Można by odbić je podobną manipulacją: skoro nie rejestrujemy jachtów, to nie rejestrujmy również samochodów. chociażby dlatego, że większość tych jeżdżących po polskich drogach warta jest znacznie mniej niż przeciętny jacht mazurski.

Podobno, p. senator Rocki, argumentując za zniesieniem rejestracji w Sejmie, dowodził że jacht ma taką niewielka energie kinetyczna jak rowerzysta jadący z prędkością 20 km/godzinę, więc nie jest groźny. Pan senator ma tytuł profesora. Nie wiem jakiej specjalności, lecz z pewnością nie nauk ścisłych. Podczas jego pseudonaukowych wywodach Newton przewracał się w grobie. O zniszczeniach w przypadku zderzenia nie decyduje sama energia kinetyczna, lecz siła bezwładności. Kłania się drugie prawo Newtona: siła równa się masa razy przyśpieszenie (opóźnienie). Niedowiarkom w tym p. senatorowi, o ile ma jakiś jacht, proponuje nieskomplikowany eksperyment. Proszę, żeglując z prędkością 6 węzłów uderzyć Waszym, powiedzmy jednotonowym jachtem w burtę innego, albo lepiej, żeby nie narażać niewinnych- w betonową keję. Jachty z laminatu, niestety, nie mają strefy zgniotu. Że też nikt p. senatorowi nie wytłumaczył, że energia w takim przypadku, to drugorzędny parametr.

Rzetelne przeglądy z pewnością poprawiły by bezpieczeństwo. Raczysz Włodku bowiem zapominać o tym, że od wielu lat nie istniał obowiązek rejestracji i przeglądów technicznych. Jachty jednak rejestrowano na zasadzie dobrowolności, traktując dowód rejestracyjny jako dowód własności. Rejestracja taka nie miała żadnych podstaw prawnych. Słowem, rejestrowano jachty bezprawnie. Na dobrą sprawę, inspektorzy nie musieli dokonywać przeglądów technicznych choć, przyznaję, powinni, jeśli brali za to pieniądze. Inna sprawa, że armatorzy mogli swe jachty "zmodernizować", już po przeglądach technicznych.

Jachty, które poszły na dno nie miały komór wypornościowych. Armatorzy małych jachtach, zwłaszcza czarterowych często, niezgodnie z projektem zabudowuje je, maksymalizując ilości koji, by obniżyć cenę tzw. dobokoji. Czyni to z jachtów tramwaje wodne i to niebezpieczne dla pasażerów. Ale to temat na dłuższy fachowy artykuł. Wymóg komór wypornościowych, szczególnie w mniejszych jednostkach, ewidentnie przyczynił by się do poprawy bezpieczeństwa. W jachtach większych niekoniecznie, pod warunkiem, ze naprawdę spełniają kryteria wymagane by zakwalifikować je jako jachty balastowe. To także temat, jakże obszerny, który mam nadzieję poruszyć na łamach "Żagli". Z drugiej strony, idiotyzmem byłoby żądanie projektowania i budowania jachtów, zwłaszcza śródlądowych, na warunki tak ekstremalne, jakie zdarzyły się w ten feralny wtorek.

Zaręczam, że nie trzeba zalewać jachtu by sprawdzić czy ma odpowiednią objętość komór wypornościowych z właściwego materiału (uwaga: kto czyta "Żagle" powinien wiedzieć, że butelki "pet" nie nadają się na wypełnienie komór). Wystarczy coś takiego, na co krawcowe mówią "centymetr", zaś, fachowo się wyrażając, zwijany przymiar liniowy oraz znajomość geometrii z zakresu co najwyżej gimnazjum. Naprawdę, to nic trudnego.

Nie sposób odpowiedzieć na wszystkie zarzuty i wątpliwości. Jestem jednak przekonany (mam nadzieję że nie tylko ja), iż rzetelne przeglądy techniczne mogłyby uratować niejedno życie. Nie zapominajmy przy tym, że nie żyjemy w Niemczech czy w Szwecji. Ich społeczeństwa przeszły wielowiekową "tresurę" w przestrzeganiu prawa i porządku, nie wspominając o tradycjach morskich i żeglarskich. My zaś chcemy skoczyć na głęboką wodę wolności absolutnej bez żadnych ograniczeń wprost z PRL, w którym prawo stanowiło tylko atrapę, zaś przeżycie zależało od zdolności do "kombinowania". Może to się skończyć tylko tak jak za I Rzeczpospolitej - totalną anarchią. I nie znaczy to wcale, że uważam nas Polaków za głupszych od innych nacji europejskich. Niestety, mamy jednak w genach coś, co skłania do destrukcji i chaosu, nie mówiąc o kłótliwości, braku odpowiedzialności za siebie i innych oraz ułańskiej fantazji. To głównie "zasługa" naszej historii. Trzeba być tego świadomym nawet w dyskusjach o rejestracji i przeglądach technicznych.










 



Aktualności











Felieton

All right reserved © Jerzy Pieśniewski 2006-2017