Pieśniewski polish
Pieśniewski english


Aktualności


 2012-08-25

Mistrzostwa PPJK 2012 - "pod górkę"

Oczywiście, mowa o moim udziale w ostatnich Mistrzostwach Jachtów Kabinowych w Giżycku. "Schody" zaczęły się już w marcu, gdy złamałem nogę w kostce wskutek pośliźnięcia się i upadku... ze schodków na Focusa 730 stojącego w hangarze szkutnika. Rekonwalescencje lepiej przemilczeć, by nie siać zgrozy i przerażenia. Trwała 2 miesiące. Według ortopedy - i tak krótko.

Niestety, problemy nie ominęły i mego szkutnika, który wykańczał skorupę jachtu dostarczoną przez stocznie Mariusza Sobusiak. Totalną plamę dał "okuciowiec", nota bene dobry znajomy, który od grudnia zwlekał do ostatniej chwili z wykonaniem niezbyt bogatego zestawu koszy i kilku innych drobiazgów z kwasówki. Nikt tak skutecznie Cię nie wystawi do wiatru, jak znajomi i koledzy. Przynajmniej w Warszawie.

Łódka miała być gotowa na koniec czerwca, potem na koniec lipca...- obiecanki, obiecanki. W efekcie, jeszcze w środę, przed wyjazdem, gdy łódka stała już na wózku, szkutnik gorączkowo kończył to czego nie zdążył przez 6 miesięcy w hangarze. I nie wszystko mu się udało.

Inna rzecz, że Focus ma zabudowę raczej turystyczną, a nie regatową: z szafkami kambuzowymi, zlewozmywakiem, bakistami, prawdziwymi jaskółkami, z materacami na kojach, no i wyklejonymi tkaniną burtami i sufitem. Rzeczywiście, było trochę roboty.

O podróży na Mazury, też wolałbym zapomnieć. Samochód zastrajkował już parę kilometrów za Warszawą i dopiero modlitwy i groźba jego natychmiastowej sprzedaży sprawiły, że jakoś dojechaliśmy w czwartek po południu do Ekomariny. Niestety, w samym Giżycku definitywnie odmówił jazdy. Krótka ,ale nie tania wizyta u mechanika ożywiła jego konie mechaniczne. Dla jasności dodam, ze samochód wcale nie stary, ale, chimeryczny bo francuski.

Wiadomo jak wygląda premierowe taklowanie łódki: za krótkie wanty, za długi sztag, a gdzie bloczki... Trwa to wielokrotnie dłużej niż opływanego jachtu. Jakoś, dzięki pomocy Piotrka Groszyka (jeszcze raz - podziękowania) udało się zwodować Focusa już po zmroku.

Rano w piątek ciąg dalszy taklowania. Wieje zgodnie z prognozą nawet do 7 B w szkwałach. Komisja rusza na wodę, my nieco później także, ale już na samym foku jacht kładzie się zbyt mocno. Decydujemy się odpuścić dzisiejsze wyścigi, licząc, że Komisja się zreflektuje i nie puści drugiego wyścigu. Zgodnie z przepisami nie powinna powyżej 6 B. Trzeba też zważyć jacht, bo na dobra sprawę dokładna jego masa jest niewiadomą. Wprawdzie na podium nie liczymy, ale jacht musi ważyć do regat swoje, czyli, wyliczone z Vi, przynajmniej 1220 kg. Płyniemy do portu LOK-u, gdzie wisi dynamometr na dźwigu bosmana Bronka.

Po raz pierwszy mam jacht za lekki. Brakuje 90 kg. Skąd je zdobyć?

Cuda się jednak zdarzają. Za chwilę bowiem pojawia się ze swym Jumperem 550 na haku prezes "Oiler" Marek Kowalski. Ma nadprogramowe 40 kg. Może pożyczyć. Krotki telefon do Mariana Bełbota sprawia, że znajduje i, co więcej, sam przywozi dwie gąski ołowiu w sumie 57 kg. Można startować bez wyrzutów, że się oszukuje.

Start to jednak z pozycji straconej. Dwa DNS-y za absencje w czwartkowych wyścigach. W piątek wiatr już bardziej ludzki; tylko do 5 w szkwałach. Pierwszy wyścig nie najlepszy, ale i nie najgorszy: 8 miejsce na 13 startujących . Ale na mecie dowiadujemy się, że dostaliśmy "dyskfę" za falstart wraz z trzema innymi jachtami T2. Dziwne, że Komisja nie sygnalizowała zbiorowego, bo jeśli my byliśmy za linią mety , to i zasłonięte przez nas jachty także. Kolejny, trzeci wyścig "w plecy". Zgnębiło to nas na tyle, że w następnym wyścigu zdołaliśmy wyprzedzić tylko Marinera 24 i Tango sport. Kolejne dwa wyścigi, już nieco lepsze ( 2 razy 8 miejsce), choć do startów można by się przyczepić. Łódka wyraźnie nie ustawiona. Na pełnym nie ustępuje szybkością innym, ale nie idzie tak ostro i szybko w bejdewindzie jak czołówka. Zresztą, przy silnym wietrze, daje o sobie znać dodatkowym dryfem wysoka "turystyczna" burta jachtu.

Po wyścigach od razu zmieniliśmy ustawienie masztu. Powinno być lepiej, zwłaszcza gdy wiatr osłabnie. I rzeczywiście pierwszy niedzielny wyścig to potwierdził. Było lepiej- 5-te miejsce. Jeszcze lepiej zapowiadało się w następnym wyścigu. Na pełnym odrobiliśmy straty z halsówki, na 400 m przed metą mieliśmy szanse na 3-4 miejsce. I nagle jakby ktoś włączył hamulec. Złapaliśmy na miecz kępę "szczawiu". Nie dało się jej zrzucić, bo miecz nie podnosi się do końca, ze względu na zamontowany prowizoryczny system podnoszenia (talia), który zastępował windę różnicową. Wspomniany wyżej fachowiec, nie zdołał jej wykonać na czas. Pech się dopełnił. Odebraliśmy defiladę wszystkich, którzy byli za nami. Szanse na lepsze miejsce odpłynęły definitywnie.

Są jednak i pozytywne strony tego pecha. I nie zaliczam do nich uśmiechu losu na zakończeniu regat, czyli wylosowania głównej nagrody Mistrzostw...herbu Giżycka, czyli trzech wędzonych leszczy (zdjęcie). Bez tych regat nie wiedziałbym na co stać seryjnego Focusa 730 z szybrowym mieczem, ale w trymie turystycznym ( załoga czyli Lucjan i Aleks mieszkali na jachcie). Łódka wymaga dostrojenia, by na ostrym pływała tak szybko jak na pełnym. Trzeba zmienić wiele w osprzęcie (np. podnoszenie miecza). Może uda się przynajmniej część tych prac wykonać przed następną imprezą, czyli Mistrzostwami Warszawy.

A tak poza wszystkim: w moim wieku sam udział w regatach trzeba zaliczyć do sukcesów.

Nie startując w tych regatach, nie wiedziałbym, że niektóre jachty z T2 nie spełniają przepisów zwłaszcza wymagań wnętrza (zabudowy), nie wiedziałbym, że Komisja Techniczna regat w swym lenistwie nie zechce zważyć żadnego jachtu. Byliśmy chyba jedynymi, którzy z własnej woli popłynęli "na wagę" do portu LOK-u. To frustrujące dla kogoś, kto tyle czasu zmarnował na dopracowanie przepisów pomiarowych. I to jeden z powodów dla których PPJK zaczynają zjazd po równi pochyłej. W klasie T1 i T3 zdecydowało się wystartować po 6 załóg. Totalna porażka. I tylko T2 jeszcze się ratuje jaką taką frekwencją. Na razie. Kto przyjedzie ścigać się turystyczną, nawet skromnie wyposażoną łódką z jednostkami typu "pustak"- z symboliczną zabudową, z gołymi od wewnątrz, nawet nie pomalowanymi cienkimi laminatami, z kojami (oczywiście, bez materacy), na których lepiej nie siadać? A na łódkę wyłącznie do regat stać niewielu, coraz mniej. Kryzys.

Chyba czas na zmianę filozofii regat PPJK, jeśli mają one przetrwać.

Załączam krótką galerie zdjęć autorstwa Klaudi Meisel i Mariusza Główki ( leszcze)



  


  


  


  


  


  


  


  


  


  


  


  


  


  










 



Aktualności











Felieton

All right reserved © Jerzy Pieśniewski 2006-2017