Pieśniewski polish
Pieśniewski english


Artykuły

 2007-08-04 - Felieton 9-2007

 04.08.2007 - Felieton 9-2007

Poniższy felieton nie został dopuszczony do druku przez kierującego obecnie "Żaglami" Waldemara Heflicha bez podania istotnych powodów.

     Od następnego roku, zgodnie z nowa ustawą, nie będzie obowiązku przeglądów technicznych oraz rejestracji śródlądowych jachtów żaglowych o długości mniejszej niż 12m. Wiwat, zwycięstwo!- świętują internetowi żeglarze, którzy molestowali e-mailami posłów i senatorów na wyżej wymienioną okoliczność. Przyłączam się to tego chóru, ale w tonacji " jestem za, a nawet przeciw": w przypadku jachcików śródlądowych przeglądy rzeczywiście są " na plaster". Pytanie tylko: czy granica 12 m to nie zbyt dużo jak na flotyllę śródlądową? Kontestuję jednak likwidację obowiązku rejestracji. To typowo polski błąd wpisujący się w destruktywne działania pod hasłem "wolność Tomku w swoim domku". Od nadmiaru przepisów przeszliśmy do stanu braku jakichkolwiek regulacji czyli, mówiąc wprost, anarchii. Typowe, polskie obijanie się od ściany do ściany.

Wyobraźmy sobie kolizję z jachtem nie oznakowanym. Jak zdołamy go zidentyfikować, gdy ucieknie w krzaki. A nawet gdy go w końcu dopadniemy, kogo mamy zaskarżyć w procesie cywilnym? Zawsze może powiedzieć, że to jacht teściowej, a ta w Ameryce. Szukaj wiatru w polu.

A jakież to będzie raj dla piratów, kopiujących, po drobnym liftingu, jachty produkowane przez inne stocznie i warsztaty szkutnicze, jakież możliwości obejścia Praw Autorskich. To zresztą już się dzieje, bo próżnia prawna istniała już od wielu lat. Zwolennicy nowych uregulowań nieodmiennie argumentują, że przecież można dochodzić swych praw w sądach cywilnych. Panowie, nie rozśmieszajcie mnie. Skąd ta nagła wiara w skuteczność polskiego sądownictwa? Jak na dłoni widać, że idea fix wolności absolutnej, to bielmo na oku blokujące percepcję rzeczywistości. Pada też następny argument: zgodnie z przepisami CE każdy wyprodukowany jacht można zidentyfikować dzięki tabliczce z numerem HIN ( Hull Identification Number). Problem w tym, że tabliczki ta jest ukryta wewnątrz jachtu. Najpierw więc trzeba złapać króliczka. Entuzjaści tej ustawy przemilczają też niewygodny fakt: zgodnie z przepisami RCD, jacht zbudowany amatorsko nie musi mieć HIN-u. Można więc wyprodukować jacht z kradzionych materiałów, można go ukraść, przemalować i twierdzić, że samemu się go zbudowało. Nie trzeba przecież przedstawiać żadnych rachunków na materiały czy dowodów zakupu.

O co wiec chodzi twórcom i promotorom tej arcyliberalnej ustawy? Bo nie chce mi się wierzyć, by żałowali kilkudziesięciu złotych, na dowód własności jachtu wartego grube dziesiątki tysięcy i na naklejenie tanich samoprzylepnych numerów na kadłubie.

Są dwa nieszczęścia w życiu obywatela kraju: gdy jest za dużo przepisów lub gdy nie ma ich w ogóle. W obu przypadkach beneficjentami stają wyłącznie prawnicy i przestępcy. Wzdragam się przed myślą, że tak właśnie będzie w przypadku tej ustawy, która w tym punkcie, na lata świetlne oddaliła się od idei zdrowego rozsądku. Wypada też zapytać prawodawców: czy po publicznych drogach wodnych mogą poruszać się obiekty nieidentyfikowalne?

To piszę ja, który w 1988 r. opublikował w "Żaglach" artykuł pt. "Żeglarstwo = swoboda" (słowo wolność nie przeszło przez cenzurę).


Jerzy Pieśniewski









 



Aktualności











Felieton

All right reserved © Jerzy Pieśniewski 2006-2017